strzałka do góry
Sailing Team Poland
Agnieszka Skrzypulec

AKTUALNOŚCI

04.07.2016
Na ostatniej prostej do Igrzysk.

Facebook nieubłagalnie przypomina mi, że czas szybko leci, codziennymi powiadomieniami o odliczaniu dni do startu Igrzysk (aktualnie 33).

Tym bardziej głupio mi, że od marca nie udało mi się zebrać w sobie i napisać czegokolwiek o naszych przygotowaniach (i od czasu do czasu wyboistej drodze) do Rio. Założenie miałam, że będę pisać jak będzie dobrze, ale również gdy będzie źle. Stąd moje zdziwienie, że po genialnym rozpoczęciu sezonu 2016 nie starczyło mi już motywacji do wystukania kilku słów na klawiaturze.

Prawdopodobnie dlatego, że o kwietniowych sukcesach nagadałyśmy się już tyle do kamery, że nie zostało nic więcej do dodania. Lekki skrót można znaleźć pod adresami:
- http://sport.tvp.pl/24735479/bialoczerwone-zagle-sukces-polek-na-majorce
- http://sport.tvp.pl/24726811/agnieszka-skrzypulec-boimy-sie-ze-rozpedzilysmy-sie-zbyt-szybko
- http://sport.tvp.pl/24966038/energa-sailing-team-zaliczyl-przeolimpijskie-testy
- http://szczecin.wyborcza.pl/szczecin/1,34959,19919729,bedzie-medal-w-rio-agnieszka-skrzypulec-powiem-jak-adam-malysz.html
- http://magazynwiatr.pl/pdf/MagazynWiatr_05_2016.pdf

W wielkim skrócie: w kwietniu przeszłyśmy same siebie wygrywając największe regaty w sezonie – Puchar Europy „Trofeo Princessa Sofia”. Puchar odebrałyśmy z rąk samej królowej Hiszpanii. Właściwie nawet teraz, gdy sobie przypomnę o tych zawodach, nie mogę uwierzyć że udało się je wygrać..

Zwycięstwo rozbudziło nam apetyty na medal Mistrzostw Europy, które odbywały się zaledwie tydzień później. Niestety, najwyraźniej rozbudziło za bardzo, ponieważ zabrakło momentami chłodnej kalkulacji na rzecz radosnej inwencji twórczej. Obeszłyśmy się smakiem, kończąc na 4 miejscu (dla osłody wygrałyśmy ostatni wyścig – medalowy).

Aby zbyt długo, nie zagrzać miejsca w domu, po kilku dniach przerwy wystartowałyśmy w Pucharze świata we francuskim Hyeres. Pierwszy dzień zawodów przyniósł nam 2 miejsce w klasyfikacji generalnej, ale w kolejnych dniach wiatr płatał nam figle i ostatecznie skończyłyśmy na 7 miejscu, wyrównując zeszłoroczny wynik..

Cóż, można powiedzieć, że doszliśmy do chwili obecnej. Aktualnie znajdujemy się w Rio. Zgrupowanie – bagatela – miesięczne. Kto by chciał wracać do domu? (sarkazm). W ostatnich miesiącach wiele można się było naczytać o poprawie jakości wody w zatoce, która jest areną żeglarskich Igrzysk. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy pierwszego dnia na wodzie, po brawurowym slalomie między foliowymi torebkami, brudnymi pampersami i innym ciekawymi wytworami ludzkich rąk - złapałam na ster BUTA. Niestety, w okolicy nie było drugiego do pary. Także tego… taaak, Rio jest w pełnej gotowości na przyjazd olimpijczyków, a zagrożenie zatruciem zanieczyszczonej wody – znikome. Najważniejsze, żeby pieniądze się zgadzały. Ludzie kilka miesięcy ponarzekają, ale zapomną, a wypchane kieszenie działaczy pozostaną na pamiątkę wielkiego święta kibiców i sportowców.

Nie ma się jednak co denerwować na rzeczy, na które nie mamy wpływu. Wpływ za to mamy na swoją żeglugę :) Dlatego jesteśmy w ostatecznej fazie testów. Dostałyśmy nową łódkę do wypróbowania. W przyszłym tygodniu czeka nas ostateczne decyzja o sprzęcie na którym wystartujemy. Już mi się pocą dłonie z nerwów ;)

Na razie tyle :) Przed nami jeszcze tyyyyle dni zgrupowania, że nawet boję się odliczać do powrotu do domu ;)

07.03.2016
Ile siły siedzi w głowie?

Mistrzostwa świata 2016 były jedyne w swoim rodzaju i podejrzewam, że w podobnych zawodach nie przyjdzie nam się już ścigać nigdy. Wyjątkowość spowodowana była niemiłym zbiegiem okoliczności, mianowicie ulewnymi deszczami na północy Argentyny, które spowodowały obszerne powodzie. Masa wody spływając dwoma głównymi rzekami zabierała ze sobą wszystko po drodze. Tak się składa, że nasza trasa ustawiona była u ujścia obu tych rzek. W efekcie, zamiast wody, na akwenie regat mięliśmy pastwisko… Niepowtarzalny moment aby ponad 5 km od brzegu usłyszeć świerszcze buszujące w trawie lub… węże…

Komisja regatowa obiecywała, że przeszuka cały akwen aby znaleźć miejsce, gdzie nie będzie glonów/traw/pływających kłód aby umożliwić nam sprawiedliwe ściganie. Nie miała łatwego zadania, ponieważ zielono było po horyzont. W związku z tym, nasza żeglarska taktyka została odstawiona na bok a na jej miejsce doszedł kolejny element strategiczny – unikanie pływających wysp.

To strasznie frustrujące dla zawodników, którzy lecą przez pół świata, wydają kupę pieniędzy na transport i wysłanie kontenera w tak daleki zakątek świata a otrzymują warunki w które bardziej przypominają slalom niż żeglarstwo.

Regaty żeglarskie same w sobie bardzo obciążają naszą psychikę. Mamy pięć dni, po dwa wyścigi dziennie do których musimy podchodzić na pełnej koncentracji. Niektórzy z nerwów nie mogą spać, inni po słabym początku rozklejają się i już nie mogą się pozbierać. Na dodatek, 6 dnia startujemy w wyścigu medalowym, punktowanym podwójnie i tylko dla najlepszej 10. Nie dość, że człowiek walczy przez 10 wyścigów to jeszcze na koniec staje przed ryzykiem utraty medalu w przypadku niepowodzenia w tym ostatnim (o przebiegu którego w bardzo wielu przypadkach decyduje uśmiech losu).

Tyle słowem wstępu.

My – POL 11, wyścigi zaczęłyśmy słabo. Przez kiepskie starty na pierwszej boji „wypluwało” nas w okolice 10 miejsca … od końca! W głowie jednak brzmiały słowa trenera, że „wyścig kończy się na mecie”. Nie mogłyśmy odpuścić i nie odpuszczałyśmy, „wyrywałyśmy” kolejne miejsce, żeby ukończyć na pozycji 16 i 12. Nie było źle, ale nie było też rewelacyjnie. Osobiście jednak byłam dumna z tego, że udała nam się sztuka za którą zawsze szanowałam i podziwiałam najlepsze zawodniczki – nawet z najgorszego miejsca potrafiły się wybronić unikając katastrofy.

Na wynikach z przodu pojawiły się zawodniczki, które do tej pory nie kończyły zawodów w pierwszej 10 więc spokojnie czekałam aż los się do nas uśmiechnie, a one zaczną się wypalać :). Miałyśmy parę wyścigów, które mogły być bardzo dobre, gdyby nie jedna, duża zmiana wiatru, która namieszała w stawce i faworyzowała zawodniczki, które znajdowały się daleko z tyłu. Ale trzeba było zachować zimną krew, wyrywać glony ze steru, czasem pływać w poprzek zmiany aby uniknąć ciągnącej się ściany glonów, czekać na swoją szansę i ją bezwzględnie wykorzystać.

Z każdym dniem, nasz spokój i determinacja sprawiały, że na mecie meldowałyśmy się coraz wyżej. Aż wyczekałyśmy swojego dnia. Zawiało trochę mocniej, w końcu można było rozprostować kości i rozpędzić AMBASADORA. Pierwszy wyścig płyniemy w top 3, ale wybrałyśmy złą pod względem roślinności stronę halsówki. Z pozycji dolnej boji nie było widać na horyzoncie, że dojazd do kolejnego znaku jest uniemożliwiony przez ciągnące się warstwami krzaczory. Straciłyśmy 4 pozycje, za to w kolejnym wyścigu nie dałyśmy się już zaskoczyć i metę minęłyśmy na 2 pozycji.

Dobry dzień dał nam w końcu awans do pierwszej dziesiątki i możliwość startu w wyścigu medalowym. Teraz trzeba było postawić tylko kropkę nad „i”. Postawiłyśmy wszystko na jedną kartę i walczyłyśmy z innymi zawodniczkami o najlepszą pozycję zaraz po starcie. Tym razem się nie dałyśmy. Na przód stawki wysunęły się 3 łódki: Brazylijki, my i Amerykanki. Doświadczenie z całych regat tzn. spokojna głowa i czekanie na odpowiedni moment do ataku – zaprocentowało. Wykorzystałyśmy zamianę i przejęłyśmy prowadzenie. Został ostatni kurs z wiatrem, który mógł jeszcze coś namieszać ale na szczęście dziewczyny z tyłu zaczęły walkę między sobą, kiedy my razem ze szkwałem kierowałyśmy się już do kolejnego znaku. Wygrywamy wyścig medalowy, awansujemy ostatecznie na 5 miejsce i notujemy najlepszy wynik w historii :D.

Nasza historia doczekała się happy-endu. Wygląda to na sielankę, gdyby nie walka jaką musiałam stoczyć sama ze sobą: ze swoją głową i swoim organizmem. Wszystko przez to, że nabawiłam się zatrucia pokarmowego. Nieprzespane noce „przesiedziane” na toalecie i strach czy w wyścigu nie zdarzy się jakaś „wpadka” to jedno, odwodnienie i skręcający ból brzucha to drugie. Jednego dnia przeszło mi przez myśl, żeby się wycofać. Upokarzające próby radzenia sobie na wodzie, kilkugodzinne oczekiwanie na start i gdzieś racjonalna myśl, że nie uda się powtórzyć wyniku z Hajfy (6miejsce). Z tymi myślami musiałam walczyć przed startem. Z drugiej strony przypominały mi się słowa wielkich sportowców, że wszystko siedzi w głowie. To z głowy idzie impuls do mięśni i sama siebie przekonywałam, że dam radę, że ból minie a jego miejsce zajmie adrenalina, że to ja jestem panią własnego ciała. Zadziałało! Nie dość, że kontynuowałyśmy starty, to wyniki były też coraz lepsze. To kolejne doświadczenie i kolejna cegiełka w budowaniu swojej pewności siebie i odporności psychicznej. Jesteśmy mocne!

19.01.2016
Raz za sterem POLONEZA, raz za rumplem 470

Na przełomie roku miałam okazję, na zaproszenie kapitanów Poloneza, spróbować innego rodzaju żeglarstwa. Mimo że w tym sporcie robię już ponad 18 lat, w morskiej, turystycznej odmianie jestem żółtodziobem. Na dowód tego, dopiero 3 miesiące temu podeszłam do egzaminu na patent żeglarza jachtowego ;) Idąc za ciosem skorzystałam z zaproszenia i 10 dni spędziłam na bujającym gruncie. Za to nie byle jakim gruncie. Jak zaczynać to z przytupem – na historycznym jachcie POLONEZ.

Udało się odpowiedzieć na parę pytań. Jak bardzo i pod jakim względem żeglarstwo sportowe różni się od turystyki? Różni się wszystkim. Chyba łatwiej odpowiedzieć co jest wspólne: wykorzystanie wiatru i wody do przemieszczania się, choć i tu można się kłócić – łódki sportowe nie mają na wyposażeniu silnika (który swoją drogą się psuje i generuje dodatkowe koszty uzupełniania paliwa).

Jednym z większych wyzwań dla mnie było spędzenie 10 dni na małej powierzchni z 6 innymi osobami, których do tej pory nie znałam. W naszym 3 osobowym teamie znamy się prawie jak łyse konie ale i tak każdy ma zawsze dla siebie przestrzeń prywatną. Na jachcie takiej przestrzeni nie ma. Miałam jednak sporo szczęścia i trafiłam na ludzi, z którymi się świetnie dogadałam. Uświadomiło mi to jednak, że na dłuższą metę wolałabym jeździć wśród swoich, a nie nowych. Szczególnie teraz, jako skutek uboczny tego co robimy, bardzo ciężko jest znaleźć ludzi przy których możesz po prostu być sobą.

Choroba morska. Jedna z moich największych obaw. Już siedząc na 470, nieraz czułam „dyskomfort” przy słabym wietrze i martwej fali. Trzymając ster wszystko jest pod kontrolą, ale przecież nie jestem w stanie sterować przez 10 godzin… Bujało mną od pierwszej minuty spędzonej na jachcie. Na brzegu wszystko falowało, a my jeszcze nie opuściliśmy główek portu… Pierwszy posiłek na morzu musiałam bezwzględnie spożyć w kokpicie, o wchodzeniu pod pokład nie było mowy! Przed pierwszą nocą były 2 wyjścia: albo nie zmrużę oka z mdłości albo ululam się jak dziecko… Obudziło mnie wołanie na moją wachtę. Przetrwałam, nie było „reklamowania” żywności, a i ostatniego dnia nawet byłam w stanie obejrzeć film pod pokładem. Mit obalony Agnieszka nie ma choroby morskiej ;)

Wachty i posiłki. W naszym sporcie mamy ściśle ustalony harmonogram dnia. Pobudka, rozruch, śniadanie, wyjście do portu, złożenie łódki, trening, kolacja, odprawa i spać. I tak dzień w dzień. Jest czas na sen i czas na żeglowanie (ok 4-5 godzin dziennie). Na rejsie sprawa ma się trochę inaczej. Raz wypada sterowanie o 24:00, raz o 12:00, raz o 16:00, a w międzyczasie trzeba się nastawić na tryb "sen". Bujanie co prawda w tym pomaga, ale jednak… Posiłki: kiedy z Małą gotujemy dla 3 osób (my plus trener) to już wydaje nam się dużo :) Tutaj trzeba posilić 7 osób z czego jedna nie je mięsa, inna nie uznaje posiłku bez mięsa, ten nie lubi cebuli a tamten pomidorów. Teraz trzeba to spamiętać i kombinować. Nam na zgrupowaniu jeśli nie chce się gotować (zawsze, czasem jesteśmy do tego zmuszone) po prostu wkładamy trampki i idziemy do restauracji.

Skoro już doszłam do wachty, wiąże się z nią moje najpiękniejsze wspomnienie, jak do tej pory, związane z żeglarstwem (czystym żeglarstwem, nie sportem i zwycięstwami). Krótko przed północą, bezchmurne, rozgwieżdżone niebo, białe żagle na jego tle i łódka lekko chodząca w dłoniach. Raj dla romantycznej duszy. Tylu gwiazd na niebie nie widziałam do tej pory nigdzie, aż zaczęłam się zastanawiać jak kiedyś żeglarze nawigowali na ich podstawie i się w nich nie pogubili ;) Takiego widoku żeglarz olimpijski nie zobaczy na treningu.

Bezpieczeństwo. Na swojej łódce mogę powiedzieć, że czuję się kozakiem. Wiem co zrobić jak robi się gorąco, wiem jak wrócić po swoją załogantkę jak wypadnie z łódki, a nawet w pojedynkę postawić i zrzucić spinakera. Na POLONEZIE poczułam respekt do żywiołów z którymi stykam się na co dzień. Tu nie ma obok pontonu z trenerem, który czuwa w awaryjnych sytuacjach, od brzegu żeglujemy znacznie dalej niż 5 mil. Poza tym, odpowiedzialny nie jesteś tylko za siebie ale za całą załogę. U siebie w wyścigu często mijamy się z innymi łódkami „na grubość lakieru”, tutaj minięcie statku na 100m powoduje podniesienie ciśnienia.

Jeszcze by pewnie dużo, dużo wymieniać. Żaden ze mnie jeszcze znawca, dopiero przeżyłam swój dziewiczy rejs. Jedno jest pewne: żeglarstwo turystyczne i sportowe nie idą ze sobą w parze, jedno i drugie ma swoje wady i zalety. Ile by tych różnic nie było, to żeglowanie na spinakerze sprawia ogromną frajdę zarówno na łódce, która ma niecałe 5m, jak i 14m.

Dziękuję kapitanowi Tomkowi Bielińskiemu oraz całej załodze za świetny czas spędzony razem i mam nadzieję do zobaczenia w krótce!

15.01.2016
Rio da się lubić

Mimo, że Nowy Rok pomału się rozkręca, nie sposób zamknąć starego bez podsumowania ostatniego miesiąca. A był on (mam nadzieję) przełomowy.

Prawie 3 tygodnie grudnia spędziliśmy w Rio. Najważniejsza sprawa: pierwszy raz udało mi się nie rozchorować w trakcie treningów i zawodów. Nie będę już wspominać, że złapałam Anginę „życia” w samolocie powrotnym do Polski – lot do domu nie pokrywał się z terminem zgrupowania ;)

Długie treningi, testy masztów, testy mieczy do łódki, wreszcie zamiana załóg pokazały nam w jakim kierunku chcemy iść w 2016 r. Okazało się, że mamy jeszcze rezerwy szybkości, które ujawniły się przy zmianie sprzętu. Świadomość, że mamy spory potencjał daje nam dodatkowego kopa motywacji. Treningi zakończyliśmy startem w Copa Brasil. Większość załóg, które już zdobyły kwalifikację potraktowały te zawody priorytetowo i ze światowej czołówki zabrakło tylko Nowozelandek. W tych zawodach miałyśmy swoje bardzo dobre momenty. Czterokrotnie na pierwszej boji meldowałyśmy się pierwsze lub drugie. Niestety jeszcze nie udało nam się dowieźć tych dobrych miejsc do mety, szczególnie przy słabszym wietrze, ale widać światełko w tunelu. Po 10 wyścigach i Wyścigu Medalowym skończyłyśmy zawody na rewelacyjnym 4 miejscu. Z tej pozycji już czuć zapach medalu ;) Bardzo fajne zakończenie bardzo trudnego, intensywnego ale też niesamowicie udanego sezonu!

Wraz z końcem roku dostałam jeszcze jedną świetną wiadomość – w plebiscycie Kuriera na najlepszego sportowca roku w województwie udało się wywalczyć 4 miejsce! Fajnie, że żeglarstwo w końcu wchodzi na salony, może więcej głów się zwróci w naszym kierunku i zainteresuje "najbardziej wymagającą dyscypliną sportu" ;) Bardzo dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do tego sukcesu

Nowy Rok, przywitał nas kolejną wizytą w Rio (w końcu do sierpnia to nasz drugi dom, choć pod względem czasu tu spędzonego powinien awansować na pierwsze miejsce). Dalej trenujemy, się ścigamy z innymi olimpijskimi zapaleńcami i zwalczamy zarazki ;)

Treningi w Rio to nasz cel numer 1 chociaż marzy nam się złota 470 na żaglu – nagroda za zwycięstwo w Mistrzostwach świata. Szansa będzie już niedługo, w lutym w Argentynie. Marzenia marzeniami, ale trzeba dalej podwijać rękawy bo bez ciężkiej pracy się tu nie obejdzie. :)

09.11.2015
Ile waży koszulka lidera?

Niesamowite, że tydzień Mistrzostw świata ciągnął się w nieskończoność, gdy 2 tygodnie w domu przeleciały zanim zdążyłam się zorientować. Tak słowem wstępu próbuję usprawiedliwić opóźnienie w relacji z najważniejszych regat w sezonie 2015.

Bezpośrednie przygotowania do Mistrzostw świata zaczęliśmy startem w Mistrzostwach Izraela. Ruszyłyśmy z marszu, ponieważ po dotarciu pociągiem z Tel Avivu do Haify o 6 nad ranem dostałyśmy odrobinę czasu na drzemkę i o 13 zameldowałyśmy się na starcie. Zawody zakończyłyśmy na 13 miejscu, ale były dla nas cenna wskazówką na temat ewentualnych schematów na trasie i testem prędkości do innych łódek. Okazało się, że prędkość w słabym wietrze ciągle była naszą piętą Achillesową. Na szczęście kolejne dni przyniosły nam podobne warunki do treningów i przy współpracy ze specjalistą z North Sails (pływamy na żaglach tego producenta) udało nam się odrobinę poprawić nasze osiągi ;)

Na dzień przed startem miałyśmy okazję rozprostować kości przy wietrze w okolicach 15 knt, warunki były nieziemskie: słońce, ciepła woda chlapiąca w twarz i łódka „uciekająca spod tyłka”. Dlaczego uciekała? Postanowiliśmy przetestować ekstremalnie inne ustawienie niż dotychczas. To był strzał w dziesiątkę, byłyśmy bardzo, bardzo szybkie zarówno pod wiatr, jak i z wiatrem. W dobrych nastrojach czekałyśmy na pierwszy dzień wyścigów.

Pierwszy dzień przywitał nas bardzo zbliżonymi warunkami do dnia poprzedniego. Wiedziałyśmy, że jesteśmy silne ale pozostawało pytanie jak to najlepiej wykorzystać? W stawce ponad 50 łódek na linii startu było bardzo tłoczno. Pomogło nastawienie psychiczne przed wyścigami: albo wszystko albo nic, zdecydowałam się na dwa starty mocno ze skrajnej strony. To była bardzo dobra decyzja. Po starcie miałyśmy swobodę żeglugi i za każdym razem, gdy obracałam się przez ramię żeby skontrolować pozycję w stosunku do grupy, widziałam że wyjeżdżamy mocno do przodu. W każdym z tych wyścigów, pierwszą boję mijałyśmy w top 5. Później wrzucałyśmy 6 bieg i po kursie z wiatrem byłyśmy już w pierwszej 3. Na kolejnym kursie pod wiatr zawsze znajdowałyśmy się po właściwej stronie i kolejną boję mijałyśmy już jako liderki. Aż do mety nie dałyśmy się przegonić i dwa pierwsze wyścigi wygrałyśmy!!! Oznaczało to tylko jedno, ku zaskoczeniu wszystkich prowadziłyśmy Mistrzostwa świata i następnego dnia żeglowałyśmy w żółtych koszulkach lidera.

Czy było mi ciężko zasnąć ze świadomością, że piszemy nową historię i kwalifikacja do Rio zaczyna się urzeczywistniać? Nie. Kluczem była świadomość, że idealnie trafiłyśmy w swoje warunki i bez zawahania to wykorzystałyśmy. Prognoza na kolejne dni mówiła o słabnącym wietrze, więc jasnym było, że żeglowanie będzie wyglądać zupełnie inaczej. Najważniejsze było nie zwalniać tempa i ciągle atakować. W niektórych wyścigach zabrakło podjęcia większego ryzyka, ale wiatr był bardzo nieprzewidywalny a my nie czułyśmy się mocne w słabszym wietrze. Bez wątpienia jednak dałyśmy z siebie wszystko, w każdym wyścigu walczyłyśmy aż do mety. Nawet, gdyby nie udało się zdobyć kwalifikacji, chciałam mieć czyste sumienie, że zrobiłam wszystko co w mojej mocy żeby pożeglować na maksimum swoich możliwości.

Okazało się, że nie tylko my miałyśmy problem z czytaniem słabego i zmiennego wiatru na akwenie. Oprócz Austriaczek, każda załoga zaliczyła „wtopę”. Nasza walka przez 5 dni dała nam awans do Wyścigu Medalowego z 7 pozycji. Kwalifikację Olimpijską miałyśmy już zapewnioną, ale nie mogłyśmy zwalniać z tempa! Agresywny start dał nam przewagę nad większością załóg startujących w Wyścigu Medalowym, mimo że walka toczyła się w bliskim kontakcie aż do samej mety, nam udało się ukończyć ten wyścig na 3 miejscu! Oprócz dumy i ogromnej radości dało nam to dodatkowo awans o jedno oczko w wynikach końcowych i Mistrzostwa świata zakończyłyśmy na 6 miejscu! „Życiówka”, najlepszy wynik w historii polskiej żeńskiej 470 i kwalifikacja do Igrzysk Olimpijskich zdobyta!

Teraz trzeba kuć żelazo póki gorące, nakręcone walczymy dalej i musimy się jak najwięcej nauczyć do najważniejszego przyszłorocznego startu – Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro.

ZOBACZ ARCHIWUM AKTUALNOŚCI