strzałka do góry
ENERGA Sailing Team Poland
Agnieszka Skrzypulec

AKTUALNOŚCI

07.03.2016
Ile siły siedzi w głowie?

Mistrzostwa świata 2016 były jedyne w swoim rodzaju i podejrzewam, że w podobnych zawodach nie przyjdzie nam się już ścigać nigdy. Wyjątkowość spowodowana była niemiłym zbiegiem okoliczności, mianowicie ulewnymi deszczami na północy Argentyny, które spowodowały obszerne powodzie. Masa wody spływając dwoma głównymi rzekami zabierała ze sobą wszystko po drodze. Tak się składa, że nasza trasa ustawiona była u ujścia obu tych rzek. W efekcie, zamiast wody, na akwenie regat mięliśmy pastwisko… Niepowtarzalny moment aby ponad 5 km od brzegu usłyszeć świerszcze buszujące w trawie lub… węże…

Komisja regatowa obiecywała, że przeszuka cały akwen aby znaleźć miejsce, gdzie nie będzie glonów/traw/pływających kłód aby umożliwić nam sprawiedliwe ściganie. Nie miała łatwego zadania, ponieważ zielono było po horyzont. W związku z tym, nasza żeglarska taktyka została odstawiona na bok a na jej miejsce doszedł kolejny element strategiczny – unikanie pływających wysp.

To strasznie frustrujące dla zawodników, którzy lecą przez pół świata, wydają kupę pieniędzy na transport i wysłanie kontenera w tak daleki zakątek świata a otrzymują warunki w które bardziej przypominają slalom niż żeglarstwo.

Regaty żeglarskie same w sobie bardzo obciążają naszą psychikę. Mamy pięć dni, po dwa wyścigi dziennie do których musimy podchodzić na pełnej koncentracji. Niektórzy z nerwów nie mogą spać, inni po słabym początku rozklejają się i już nie mogą się pozbierać. Na dodatek, 6 dnia startujemy w wyścigu medalowym, punktowanym podwójnie i tylko dla najlepszej 10. Nie dość, że człowiek walczy przez 10 wyścigów to jeszcze na koniec staje przed ryzykiem utraty medalu w przypadku niepowodzenia w tym ostatnim (o przebiegu którego w bardzo wielu przypadkach decyduje uśmiech losu).

Tyle słowem wstępu.

My – POL 11, wyścigi zaczęłyśmy słabo. Przez kiepskie starty na pierwszej boji „wypluwało” nas w okolice 10 miejsca … od końca! W głowie jednak brzmiały słowa trenera, że „wyścig kończy się na mecie”. Nie mogłyśmy odpuścić i nie odpuszczałyśmy, „wyrywałyśmy” kolejne miejsce, żeby ukończyć na pozycji 16 i 12. Nie było źle, ale nie było też rewelacyjnie. Osobiście jednak byłam dumna z tego, że udała nam się sztuka za którą zawsze szanowałam i podziwiałam najlepsze zawodniczki – nawet z najgorszego miejsca potrafiły się wybronić unikając katastrofy.

Na wynikach z przodu pojawiły się zawodniczki, które do tej pory nie kończyły zawodów w pierwszej 10 więc spokojnie czekałam aż los się do nas uśmiechnie, a one zaczną się wypalać :). Miałyśmy parę wyścigów, które mogły być bardzo dobre, gdyby nie jedna, duża zmiana wiatru, która namieszała w stawce i faworyzowała zawodniczki, które znajdowały się daleko z tyłu. Ale trzeba było zachować zimną krew, wyrywać glony ze steru, czasem pływać w poprzek zmiany aby uniknąć ciągnącej się ściany glonów, czekać na swoją szansę i ją bezwzględnie wykorzystać.

Z każdym dniem, nasz spokój i determinacja sprawiały, że na mecie meldowałyśmy się coraz wyżej. Aż wyczekałyśmy swojego dnia. Zawiało trochę mocniej, w końcu można było rozprostować kości i rozpędzić AMBASADORA. Pierwszy wyścig płyniemy w top 3, ale wybrałyśmy złą pod względem roślinności stronę halsówki. Z pozycji dolnej boji nie było widać na horyzoncie, że dojazd do kolejnego znaku jest uniemożliwiony przez ciągnące się warstwami krzaczory. Straciłyśmy 4 pozycje, za to w kolejnym wyścigu nie dałyśmy się już zaskoczyć i metę minęłyśmy na 2 pozycji.

Dobry dzień dał nam w końcu awans do pierwszej dziesiątki i możliwość startu w wyścigu medalowym. Teraz trzeba było postawić tylko kropkę nad „i”. Postawiłyśmy wszystko na jedną kartę i walczyłyśmy z innymi zawodniczkami o najlepszą pozycję zaraz po starcie. Tym razem się nie dałyśmy. Na przód stawki wysunęły się 3 łódki: Brazylijki, my i Amerykanki. Doświadczenie z całych regat tzn. spokojna głowa i czekanie na odpowiedni moment do ataku – zaprocentowało. Wykorzystałyśmy zamianę i przejęłyśmy prowadzenie. Został ostatni kurs z wiatrem, który mógł jeszcze coś namieszać ale na szczęście dziewczyny z tyłu zaczęły walkę między sobą, kiedy my razem ze szkwałem kierowałyśmy się już do kolejnego znaku. Wygrywamy wyścig medalowy, awansujemy ostatecznie na 5 miejsce i notujemy najlepszy wynik w historii :D.

Nasza historia doczekała się happy-endu. Wygląda to na sielankę, gdyby nie walka jaką musiałam stoczyć sama ze sobą: ze swoją głową i swoim organizmem. Wszystko przez to, że nabawiłam się zatrucia pokarmowego. Nieprzespane noce „przesiedziane” na toalecie i strach czy w wyścigu nie zdarzy się jakaś „wpadka” to jedno, odwodnienie i skręcający ból brzucha to drugie. Jednego dnia przeszło mi przez myśl, żeby się wycofać. Upokarzające próby radzenia sobie na wodzie, kilkugodzinne oczekiwanie na start i gdzieś racjonalna myśl, że nie uda się powtórzyć wyniku z Hajfy (6miejsce). Z tymi myślami musiałam walczyć przed startem. Z drugiej strony przypominały mi się słowa wielkich sportowców, że wszystko siedzi w głowie. To z głowy idzie impuls do mięśni i sama siebie przekonywałam, że dam radę, że ból minie a jego miejsce zajmie adrenalina, że to ja jestem panią własnego ciała. Zadziałało! Nie dość, że kontynuowałyśmy starty, to wyniki były też coraz lepsze. To kolejne doświadczenie i kolejna cegiełka w budowaniu swojej pewności siebie i odporności psychicznej. Jesteśmy mocne!

19.01.2016
Raz za sterem POLONEZA, raz za rumplem 470

Na przełomie roku miałam okazję, na zaproszenie kapitanów Poloneza, spróbować innego rodzaju żeglarstwa. Mimo że w tym sporcie robię już ponad 18 lat, w morskiej, turystycznej odmianie jestem żółtodziobem. Na dowód tego, dopiero 3 miesiące temu podeszłam do egzaminu na patent żeglarza jachtowego ;) Idąc za ciosem skorzystałam z zaproszenia i 10 dni spędziłam na bujającym gruncie. Za to nie byle jakim gruncie. Jak zaczynać to z przytupem – na historycznym jachcie POLONEZ.

Udało się odpowiedzieć na parę pytań. Jak bardzo i pod jakim względem żeglarstwo sportowe różni się od turystyki? Różni się wszystkim. Chyba łatwiej odpowiedzieć co jest wspólne: wykorzystanie wiatru i wody do przemieszczania się, choć i tu można się kłócić – łódki sportowe nie mają na wyposażeniu silnika (który swoją drogą się psuje i generuje dodatkowe koszty uzupełniania paliwa).

Jednym z większych wyzwań dla mnie było spędzenie 10 dni na małej powierzchni z 6 innymi osobami, których do tej pory nie znałam. W naszym 3 osobowym teamie znamy się prawie jak łyse konie ale i tak każdy ma zawsze dla siebie przestrzeń prywatną. Na jachcie takiej przestrzeni nie ma. Miałam jednak sporo szczęścia i trafiłam na ludzi, z którymi się świetnie dogadałam. Uświadomiło mi to jednak, że na dłuższą metę wolałabym jeździć wśród swoich, a nie nowych. Szczególnie teraz, jako skutek uboczny tego co robimy, bardzo ciężko jest znaleźć ludzi przy których możesz po prostu być sobą.

Choroba morska. Jedna z moich największych obaw. Już siedząc na 470, nieraz czułam „dyskomfort” przy słabym wietrze i martwej fali. Trzymając ster wszystko jest pod kontrolą, ale przecież nie jestem w stanie sterować przez 10 godzin… Bujało mną od pierwszej minuty spędzonej na jachcie. Na brzegu wszystko falowało, a my jeszcze nie opuściliśmy główek portu… Pierwszy posiłek na morzu musiałam bezwzględnie spożyć w kokpicie, o wchodzeniu pod pokład nie było mowy! Przed pierwszą nocą były 2 wyjścia: albo nie zmrużę oka z mdłości albo ululam się jak dziecko… Obudziło mnie wołanie na moją wachtę. Przetrwałam, nie było „reklamowania” żywności, a i ostatniego dnia nawet byłam w stanie obejrzeć film pod pokładem. Mit obalony Agnieszka nie ma choroby morskiej ;)

Wachty i posiłki. W naszym sporcie mamy ściśle ustalony harmonogram dnia. Pobudka, rozruch, śniadanie, wyjście do portu, złożenie łódki, trening, kolacja, odprawa i spać. I tak dzień w dzień. Jest czas na sen i czas na żeglowanie (ok 4-5 godzin dziennie). Na rejsie sprawa ma się trochę inaczej. Raz wypada sterowanie o 24:00, raz o 12:00, raz o 16:00, a w międzyczasie trzeba się nastawić na tryb "sen". Bujanie co prawda w tym pomaga, ale jednak… Posiłki: kiedy z Małą gotujemy dla 3 osób (my plus trener) to już wydaje nam się dużo :) Tutaj trzeba posilić 7 osób z czego jedna nie je mięsa, inna nie uznaje posiłku bez mięsa, ten nie lubi cebuli a tamten pomidorów. Teraz trzeba to spamiętać i kombinować. Nam na zgrupowaniu jeśli nie chce się gotować (zawsze, czasem jesteśmy do tego zmuszone) po prostu wkładamy trampki i idziemy do restauracji.

Skoro już doszłam do wachty, wiąże się z nią moje najpiękniejsze wspomnienie, jak do tej pory, związane z żeglarstwem (czystym żeglarstwem, nie sportem i zwycięstwami). Krótko przed północą, bezchmurne, rozgwieżdżone niebo, białe żagle na jego tle i łódka lekko chodząca w dłoniach. Raj dla romantycznej duszy. Tylu gwiazd na niebie nie widziałam do tej pory nigdzie, aż zaczęłam się zastanawiać jak kiedyś żeglarze nawigowali na ich podstawie i się w nich nie pogubili ;) Takiego widoku żeglarz olimpijski nie zobaczy na treningu.

Bezpieczeństwo. Na swojej łódce mogę powiedzieć, że czuję się kozakiem. Wiem co zrobić jak robi się gorąco, wiem jak wrócić po swoją załogantkę jak wypadnie z łódki, a nawet w pojedynkę postawić i zrzucić spinakera. Na POLONEZIE poczułam respekt do żywiołów z którymi stykam się na co dzień. Tu nie ma obok pontonu z trenerem, który czuwa w awaryjnych sytuacjach, od brzegu żeglujemy znacznie dalej niż 5 mil. Poza tym, odpowiedzialny nie jesteś tylko za siebie ale za całą załogę. U siebie w wyścigu często mijamy się z innymi łódkami „na grubość lakieru”, tutaj minięcie statku na 100m powoduje podniesienie ciśnienia.

Jeszcze by pewnie dużo, dużo wymieniać. Żaden ze mnie jeszcze znawca, dopiero przeżyłam swój dziewiczy rejs. Jedno jest pewne: żeglarstwo turystyczne i sportowe nie idą ze sobą w parze, jedno i drugie ma swoje wady i zalety. Ile by tych różnic nie było, to żeglowanie na spinakerze sprawia ogromną frajdę zarówno na łódce, która ma niecałe 5m, jak i 14m.

Dziękuję kapitanowi Tomkowi Bielińskiemu oraz całej załodze za świetny czas spędzony razem i mam nadzieję do zobaczenia w krótce!

15.01.2016
Rio da się lubić

Mimo, że Nowy Rok pomału się rozkręca, nie sposób zamknąć starego bez podsumowania ostatniego miesiąca. A był on (mam nadzieję) przełomowy.

Prawie 3 tygodnie grudnia spędziliśmy w Rio. Najważniejsza sprawa: pierwszy raz udało mi się nie rozchorować w trakcie treningów i zawodów. Nie będę już wspominać, że złapałam Anginę „życia” w samolocie powrotnym do Polski – lot do domu nie pokrywał się z terminem zgrupowania ;)

Długie treningi, testy masztów, testy mieczy do łódki, wreszcie zamiana załóg pokazały nam w jakim kierunku chcemy iść w 2016 r. Okazało się, że mamy jeszcze rezerwy szybkości, które ujawniły się przy zmianie sprzętu. Świadomość, że mamy spory potencjał daje nam dodatkowego kopa motywacji. Treningi zakończyliśmy startem w Copa Brasil. Większość załóg, które już zdobyły kwalifikację potraktowały te zawody priorytetowo i ze światowej czołówki zabrakło tylko Nowozelandek. W tych zawodach miałyśmy swoje bardzo dobre momenty. Czterokrotnie na pierwszej boji meldowałyśmy się pierwsze lub drugie. Niestety jeszcze nie udało nam się dowieźć tych dobrych miejsc do mety, szczególnie przy słabszym wietrze, ale widać światełko w tunelu. Po 10 wyścigach i Wyścigu Medalowym skończyłyśmy zawody na rewelacyjnym 4 miejscu. Z tej pozycji już czuć zapach medalu ;) Bardzo fajne zakończenie bardzo trudnego, intensywnego ale też niesamowicie udanego sezonu!

Wraz z końcem roku dostałam jeszcze jedną świetną wiadomość – w plebiscycie Kuriera na najlepszego sportowca roku w województwie udało się wywalczyć 4 miejsce! Fajnie, że żeglarstwo w końcu wchodzi na salony, może więcej głów się zwróci w naszym kierunku i zainteresuje "najbardziej wymagającą dyscypliną sportu" ;) Bardzo dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do tego sukcesu

Nowy Rok, przywitał nas kolejną wizytą w Rio (w końcu do sierpnia to nasz drugi dom, choć pod względem czasu tu spędzonego powinien awansować na pierwsze miejsce). Dalej trenujemy, się ścigamy z innymi olimpijskimi zapaleńcami i zwalczamy zarazki ;)

Treningi w Rio to nasz cel numer 1 chociaż marzy nam się złota 470 na żaglu – nagroda za zwycięstwo w Mistrzostwach świata. Szansa będzie już niedługo, w lutym w Argentynie. Marzenia marzeniami, ale trzeba dalej podwijać rękawy bo bez ciężkiej pracy się tu nie obejdzie. :)

09.11.2015
Ile waży koszulka lidera?

Niesamowite, że tydzień Mistrzostw świata ciągnął się w nieskończoność, gdy 2 tygodnie w domu przeleciały zanim zdążyłam się zorientować. Tak słowem wstępu próbuję usprawiedliwić opóźnienie w relacji z najważniejszych regat w sezonie 2015.

Bezpośrednie przygotowania do Mistrzostw świata zaczęliśmy startem w Mistrzostwach Izraela. Ruszyłyśmy z marszu, ponieważ po dotarciu pociągiem z Tel Avivu do Haify o 6 nad ranem dostałyśmy odrobinę czasu na drzemkę i o 13 zameldowałyśmy się na starcie. Zawody zakończyłyśmy na 13 miejscu, ale były dla nas cenna wskazówką na temat ewentualnych schematów na trasie i testem prędkości do innych łódek. Okazało się, że prędkość w słabym wietrze ciągle była naszą piętą Achillesową. Na szczęście kolejne dni przyniosły nam podobne warunki do treningów i przy współpracy ze specjalistą z North Sails (pływamy na żaglach tego producenta) udało nam się odrobinę poprawić nasze osiągi ;)

Na dzień przed startem miałyśmy okazję rozprostować kości przy wietrze w okolicach 15 knt, warunki były nieziemskie: słońce, ciepła woda chlapiąca w twarz i łódka „uciekająca spod tyłka”. Dlaczego uciekała? Postanowiliśmy przetestować ekstremalnie inne ustawienie niż dotychczas. To był strzał w dziesiątkę, byłyśmy bardzo, bardzo szybkie zarówno pod wiatr, jak i z wiatrem. W dobrych nastrojach czekałyśmy na pierwszy dzień wyścigów.

Pierwszy dzień przywitał nas bardzo zbliżonymi warunkami do dnia poprzedniego. Wiedziałyśmy, że jesteśmy silne ale pozostawało pytanie jak to najlepiej wykorzystać? W stawce ponad 50 łódek na linii startu było bardzo tłoczno. Pomogło nastawienie psychiczne przed wyścigami: albo wszystko albo nic, zdecydowałam się na dwa starty mocno ze skrajnej strony. To była bardzo dobra decyzja. Po starcie miałyśmy swobodę żeglugi i za każdym razem, gdy obracałam się przez ramię żeby skontrolować pozycję w stosunku do grupy, widziałam że wyjeżdżamy mocno do przodu. W każdym z tych wyścigów, pierwszą boję mijałyśmy w top 5. Później wrzucałyśmy 6 bieg i po kursie z wiatrem byłyśmy już w pierwszej 3. Na kolejnym kursie pod wiatr zawsze znajdowałyśmy się po właściwej stronie i kolejną boję mijałyśmy już jako liderki. Aż do mety nie dałyśmy się przegonić i dwa pierwsze wyścigi wygrałyśmy!!! Oznaczało to tylko jedno, ku zaskoczeniu wszystkich prowadziłyśmy Mistrzostwa świata i następnego dnia żeglowałyśmy w żółtych koszulkach lidera.

Czy było mi ciężko zasnąć ze świadomością, że piszemy nową historię i kwalifikacja do Rio zaczyna się urzeczywistniać? Nie. Kluczem była świadomość, że idealnie trafiłyśmy w swoje warunki i bez zawahania to wykorzystałyśmy. Prognoza na kolejne dni mówiła o słabnącym wietrze, więc jasnym było, że żeglowanie będzie wyglądać zupełnie inaczej. Najważniejsze było nie zwalniać tempa i ciągle atakować. W niektórych wyścigach zabrakło podjęcia większego ryzyka, ale wiatr był bardzo nieprzewidywalny a my nie czułyśmy się mocne w słabszym wietrze. Bez wątpienia jednak dałyśmy z siebie wszystko, w każdym wyścigu walczyłyśmy aż do mety. Nawet, gdyby nie udało się zdobyć kwalifikacji, chciałam mieć czyste sumienie, że zrobiłam wszystko co w mojej mocy żeby pożeglować na maksimum swoich możliwości.

Okazało się, że nie tylko my miałyśmy problem z czytaniem słabego i zmiennego wiatru na akwenie. Oprócz Austriaczek, każda załoga zaliczyła „wtopę”. Nasza walka przez 5 dni dała nam awans do Wyścigu Medalowego z 7 pozycji. Kwalifikację Olimpijską miałyśmy już zapewnioną, ale nie mogłyśmy zwalniać z tempa! Agresywny start dał nam przewagę nad większością załóg startujących w Wyścigu Medalowym, mimo że walka toczyła się w bliskim kontakcie aż do samej mety, nam udało się ukończyć ten wyścig na 3 miejscu! Oprócz dumy i ogromnej radości dało nam to dodatkowo awans o jedno oczko w wynikach końcowych i Mistrzostwa świata zakończyłyśmy na 6 miejscu! „Życiówka”, najlepszy wynik w historii polskiej żeńskiej 470 i kwalifikacja do Igrzysk Olimpijskich zdobyta!

Teraz trzeba kuć żelazo póki gorące, nakręcone walczymy dalej i musimy się jak najwięcej nauczyć do najważniejszego przyszłorocznego startu – Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro.

29.09.2015
Mistrzostwo Polski po raz 7!

Dzisiejszy wpis w głównej mierze poświęcony będzie zakończonym Mistrzostwom Polski, nie sposób jednak zapomnieć o naszych głównych przygotowaniach do startu w Mistrzostwach świata.

Bezpośrednio przed Mistrzostwami Polski polecieliśmy na tydzień do Izraela, żeby przygotować naszą łódkę, rozeznać się na akwenie i przygotować na to co czeka nas w październiku. Niestety Izrael mnie rozczarował, oczekiwałam większej „cywilizacji” a nie ulic przepełnionych językiem rosyjskim. O cenach w stosunku do jakości (mieszkania, jedzenia) nie wspomnę, najdroższy wyjazd w tym roku i do tego w najgorszych warunkach. Na szczęście warunki na wodzie nam dopisywały. Codziennie wiatr od 8 do 18 węzłów sprawiał, że przez upały panujące na brzegu, łódka stała się miejscem gdzie aż chciało się trenować po 4-5 godzin. Nam żeglarsko najwięcej problemu sprawiało prowadzenie łódki przy panującej tam martwej fali. Wszystkie dni poświęciliśmy na testy sprzętu i różne konfiguracje ustawień żeby wyciągnąć z łódki jak najwięcej. Bez prędkości nie ma co liczyć na dobry wynik. Na szczęście ostatnie dni przyniosły znaczną poprawę i naszym celem jest to utrzymać aż do startu.

Czas na Mistrzostwa Polski. Pomiędzy zgrupowaniem w Izraelu a wyjazdem do Gdańska, spędziłam całe 6 godzin w domu… Start w Mistrzostwach Polski był dla mnie podwójnym testem. Jeden to sprawdzenie umiejętności żeglarskich, a drugi to test swojej odporności psychicznej, ale o tym za chwilę.

Żeglarsko. W środę, na dzień przed Mistrzostwami, po raz pierwszy zwodowałyśmy naszą nową łódkę – AMBASADORA. Tak się złożyło, że cały nasz sprawdzony sprzęt rozsiany jest po świecie (Izrael i Rio). Nie dość, że na starcie stanęłyśmy na kompletnie nowej łódce, to w dodatku na zupełnie nowym maszcie, który nazwałyśmy KONSULEM. Po cichu miałyśmy nadzieję na dobrą współpracę Ambasadora z Konsulem, ale zupełnie nie wiedziałyśmy czego możemy się spodziewać po takim zestawie. Już pierwszy wyścig pokazał, że prędkość jest dobra, na kursie z wiatrem prowadziłyśmy ok 50m. Mnie jednak poniosła fantazja i chyba za bardzo chciałam wygrać z przewagą jednego boku ;) w rezultacie straciłyśmy prowadzenie i do ostatnich metrów walczyłyśmy o 2 miejsce na mecie. Powiedziałam sobie: ok, nie ważne z jak dużą przewagą, ważne żeby wygrać :). Z każdym dniem się rozkręcałyśmy. Pierwszy dzień skończyłyśmy z miejscami: 2, 1, 6, aby kolejnego dopłynąć: 1, 1, 3 i trzeciego dnia zagwarantować sobie zwycięstwo w klasyfikacji kobiet miejscami: 1, 1, 1.

Warunki przez te 3 dni były trudne: słaby, bardzo zmienny wiatr sprawiał, że każdy miał szansę wygrać wyścig a oczy trzeba było mieć dookoła głowy. Czasem jednak są takie dni, gdy (jak to mawiał M. Kusznierewicz) wiatr widzi się kolorami. Mi się to trafiło, bardzo fajne uczucie… jeśli dodać do tego dobrą prędkość naszej łódki, na trasie byłyśmy nie do zatrzymania.

Do Wyścigu Medalowego podchodziłyśmy już jako Mistrzynie Polski, ale do zgarnięcia ciągle było zwycięstwo w klasyfikacji ogólnej, mężczyźni tracili do na 13 punktów. Wystartowałyśmy bezpiecznie, ale gdy zobaczyłam na komisji regatowej flagę, która sygnalizowała, że jakaś łódka miała falstart, niewiele myśląc zawróciłam się na start. Nasz falstart byłby jedyną przeszkodą w wygraniu całych regat, a stracone miejsca na trasie (szczególnie przy 3 kółkach góra-dół), wiedziałam że jesteśmy w stanie nadrobić. Na szczęście nie trzeba było nic nadrabiać ;) „Wstrzeliłyśmy” się w bardzo dobrą zmianę i na pierwszym znaku już prowadziłyśmy. Nie chcę, żeby to brzmiało jak łatwizna. W bardzo kręcącym wietrze nie jest łatwo wygrać, ani utrzymać prowadzenia i parę razy mi też się robiło „gorąco” ale udało się zapanować nad emocjami i dowieźć pierwsze miejsce do mety. Tym samym zapieczętowałyśmy swoje zwycięstwo w klasyfikacji generalnej i kobiet.

Psychologicznie. Nie planowałam testować swojej odporności psychicznej w trakcie Mistrzostw, ale życie czasem jest bardzo nieprzewidywalne, a my musimy pozostać profesjonalistami niezależnie od tego co się wydarzy. Nie wydarzyło się nic dramatycznego, jednak to „nic” wstrząsnęło mną tak bardzo, że w środę przyjechałam w strasznej rozsypce. Z tego miejsca wielkie DZIĘKUJĘ za wyrozumiałość osobom z którymi pracuję czyli Małej i Zdzichowi. Jadąc do Gdańska byłam przerażona czy uda mi się zapanować nad swoimi emocjami i skoncentrować na żeglowaniu. Wiedziałam, że to byłby najgłupsza przyczyna utraty tytułu. Tak się szczęśliwie złożyło, że na miejscu była nasza teamowa psycholog, która wzięła mnie pod swoje skrzydła. Przy okazji przeprowadziłyśmy mały eksperyment i przy użyciu aparatury biofeedback codziennie monitorowałyśmy jak zmienia się moja koncentracja i radzenie sobie z zakłócającymi emocjami. Efekty przeszły moje oczekiwania. Z jednej strony uczyłam się, jak zapanować nad chaosem w swojej głowie, a z drugiej dostałam informację zwrotną, która mówiła, że radzę sobie bardzo dobrze, co dodatkowo mnie motywowało i odbudowało wiarę w siebie. Podejrzewam, że nasze poprawiające się codziennie wyniki na wodzie miały bardzo dużo wspólnego z poprawiającymi się wynikami moich fal mózgowych na ekranie monitora. To było ogromne doświadczenie, dające mi poczucie pewności siebie na przyszłość. Bardzo się cieszę, że jestem osobą której życie prywatne nie musi zburzyć całej pracy jako sportowca.

Uffff… było długo ;) Jutro lecimy do Izraela i 10 października zaczynamy najważniejszą imprezę w tym roku – Mistrzostwa Świata i walka o kwalifikację Olimpijską. Trzymajcie kciuki!

[ZOBACZ PEŁNE WYNIKI REGAT]

10.09.2015
Nie samym żeglarstwem człowiek żyje…

Zdarza się, że żyje organizacją regat :) Mistrzostwa Świata klasy Optimist w Dziwnowie to dla mnie 10 dni zbierania nowego doświadczenia i poznania regat "od kuchni".

Ktoś mógłby się zapytać co mi odbiło, aby po 1,5 miesiąca w rozjazdach zamiast odpoczywać w domu, zdecydować się na pracę przy organizacji. Cóż… wyzwaniom trzeba stawiać czoła. Kto może lepiej znać problemy zawodników niż sam zawodnik?

Przyszło mi pracować przy największych w historii mistrzostwach świata Optimista (270 zawodników z 58 państw), zatem nerwy w pierwszych dniach były spore. Do portu przyjeżdżaliśmy o 7:30 i często wyjeżdżaliśmy po 23:00. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że z tak zgraną grupą młodych ludzi praca nie boli, a śmiem twierdzić, że sprawia przyjemność.

Ostatecznie: wolontariusze zostali ogarnięci, żadna łódka nie spóźniła się na start, stan wózków przed i po wodowaniu pozostał niezmienny, 270 gps-ów zostało każdego dnia zapakowane i rozpakowane, dzień na komisji regatowej nie wywołał u mnie choroby morskiej a pomoc przy spisywaniu falstartów nieoceniona. Jednym słowem SUKCES. Problemy? Jakie problemy? Jesteśmy po to aby rozwiązywać Państwa problemy szybko i z uśmiechem na twarzy. Najważniejsze żeby dobre zdanie o nas – Polakach poszło dalej w świat. Szkoda jedynie, że wiatr nie poczuł się do odpowiedzialności za regaty i zrobił sobie wolne. Nauczka na przyszłość: organizator nie może oszczędzać na łapówkach dla Posejdona.

ZOBACZ ARCHIWUM AKTUALNOŚCI